sobota, 31 marca 2018

Rozdział 2

Młody brunet nerwowo chodził po całej kuchni Vale'a. W końcu zatrzymał się i oparł dłonie na blacie. Już po chwili nerwowo zaczął przebierać palcami. Rozejrzał się po ciemnym pomieszczeniu, ani myślał odsłaniać metalowych rolet ochronnych, a już nie wspominając o zapalaniu głównego światła o tak chorej godzinie, o jakiej właśnie krzątał się po domu swojego dawnego mentora. Denowi wystarczyć musiała mała lampka nad zlewem. Szybko zdecydował, że zaparzy sobie herbatę - melisę, żeby się wyciszyć. Liczył, że zaśnie. Wcześniej, gdy próbował, męczyły go nieustanne koszmary. Widział w nich zakrwawione przedramię Zhalii, widział siebie w plamie krwi, widział ludzi zabijających Loka, nie mógł zmrużyć oczu i wcale go to nie dziwiło, po ostatnich wydarzeniach. Możliwie cicho wstawił wodę i wyciągnął filiżankę. Jednak kiedy stawiał ją na blacie, ta postanowiła niefortunnie zsunąć się z krawędzi i rozbić z wielkim hukiem. Chłopak podskoczył i odzyskując spokój zaczął zbierać z ziemi szkło.
-Boże chłopie, nie masz co robić o 3 nad ranem?- blondyn stał w wejściu przecierając oczy dłońmi.
-Przepraszam Lok, nie mogę spać.
-Mhm, co jest stary, opowiadaj.- odkąd Lok Lambert został przewodniczącym drużyny fundacji i zestarzał się na tyle, by jego wiek osiągnął lat 18, próbował mówić jeszcze bardziej młodzieżowo niż wcześniej.
- Zasadniczo nic, męczyły mnie koszmary.
- O tych nowych zbirach?
-Tak i o znaku spirali, śniło mi się, że mój otworzył się, tak jak ten Zhalii.
- Wiesz, według mnie jeśli coś miałoby się stać z Tobą, to już by się stało, ale uważaj na wszelki wypadek na siebie. A teraz weź tą herbatę i choć spać, bo pobudzisz wszystkie duchy w tym domu.
- Dobra, masz rację.
Den westchnął i powziął nową filiżankę, w której zaparzył herbaty. Tym razem jeszcze bardziej uważnie niósł ją przez kuchnię i przedpokój, by potem móc cichaczem przemknąć po schodach do swojego lokum, które ku ironii słowa dzielił z Lokiem. Dante Vale śpiący w salonie doskonale słyszał całą rozmowę chłopców, ale nie odezwał się. Celowo pozostał niezauważony. Jego też męczyły złe przeczucia, bardzo martwił się o Zhalię. Czuł, że odkąd ze sobą zamieszkali jego uczucie do niej stało się jeszcze silniejsze. Wcześniej ten jeden raz prawie się pocałowali, ale Lok wparował jak poparzony do jego mieszkania i do niczego nigdy potem nie doszło. Dlaczego? Cóż byli dorośli, mogli by przestać bawić się w podchody i po prostu zrobić jakiś krok w kierunku związku, ale Dante czuł, że tamten moment nie był odpowiedni. Za pierwszym razem chciał zabrać ją na wakacje po wygranej z Organizacją i tam zasugerować relację bliższą niż przyjaciele, ale wakacje nie wypaliły, bo pojawiła się Spirala. Pamiętał pożegnanie z kobietą, gdy zdecydowała się na infiltrację mrocznych łowców. Pamiętał jak bardzo chciał krzyczeć, płakać, ale musiał pozwolić jej odejść, bo tak należało. Pamiętał żal do świata, kiedy Ark przepowiedział jego śmierć. Pamiętał ostatnią myśl, przed zderzeniem z kometą i użyciem Feniksa. ,, Zhalia '' - pomyślał i umarł. To dziwne pamiętać swoją śmierć, ale Vale się jej nie bał, jej nie - bał się opuścić swoich ludzi i głównie dlatego wrócił do żywych. Później gdy wygrali zabrał ją na kolację i dosłownie, gdy już miał poruszyć temat ,,ich'' zadzwonił Metz z pilną misją, a teraz gdy wszystko już miało się ułożyć i zamieszkała z nim - pojawiają się ONI i psują wszystko. Znów nie ma czasu na rozmowę, na planowanie przyszłości, na próbowanie czegokolwiek. Dante usiadł kryjąc twarz w dłoniach. Poczuł, że jest całkiem spocony, dlatego ściągnął koszulkę i zrzucił ją na ziemię. Wziął też łyka wody z butelki, która stała na ławie przed kanapą. Podobnie jak Den po kuchni, mężczyzna rozejrzał się po salonie. Cisza, nie słychać niczego. Nagle zrobił się dziwnie spokojny i postanowił iść do granatowowłosej. Potrzebował ją zobaczyć, upewnić się, że jest obok niego. Wszedł lekko zestresowany na piętro i skierował kroki ku jej pokojowi. Zapukał. Nie oczekiwał odpowiedzi o tej godzinie. Delikatnie nacisnął klamkę i po cichu wślizgnął się do pokoju, który przez okna oświetlał księżyc. Zhalia spała. Pomyślał, że wygląda przeuroczo. Kołdrę skopała jak zwykle na podłogę. Dante dostrzegając to zaśmiał się w duszy. Na stoliku nocnym leżał jej dziennik. Nie chciał go czytać, ufała mu i nie mógł tego zepsuć. Obok zeszytu pozostawiła telefon i słuchawki. ,, Pewnie do późna słuchała muzyki '' - stwierdził i włożył do uszu jedną ze słuchawek. Ku jego zdziwieniu muzyka nadal grała, a mało tego była to jedna z jego ulubionych piosenek. Nie wiedział, że kobieta słucha tego rodzaju muzyki i był wręcz zszokowany. Nigdy nie pytał jej o gusta, więc wszystko, czego się o niej dowiadywał było niczym złoto. Dziewczyna przekręciła się na drugi bok przyciągając jego wzrok. Odłożył telefon na stolik i spojrzał w jej kierunku. Ponownie zauważył, że jest strasznie szczupła. Tym razem spała w krótkim croptopie, więc mógł dostrzec jej wystające żebra. Uważając by łóżko nie zaskrzypiało usiadł obok niej i patrzył. Niezależnie od tego w jakiej sytuacji się znajdowali przyciągała go tak bardzo, że nie mógł oderwać wzroku. O tyle, co kilka lat temu nazwał by się podrywaczem - każda kobieta w fundacji i poza nią mogła być jego - tak od momentu poznania Zhalii nie skupiał się na niczym poza nią. Lekko westchnęła. Pogładził ją delikatnie po policzku.
-Nawet nie wiesz jak bardzo Cię kocham Zhalio ... - wyszeptał i dał jej buziaka w czoło.
Nie poczuła, liczył na to, że się nie obudzi, bo nie chciał zaczynać niczego dopóki sytuacja nie będzie stabilna. Dopóki cały świat niebezpieczeństw nie zniknie. Wziął jej niewielką dłoń i głaskał. Była gładka i zgrabna. Nie wiedział ile czasu już tak siedział, ale stwierdził, że czas wyjść. Wstał i nakrył ją kocem. W momencie, gdy odwrócił się w kierunku drzwi, coś dotknęło jego ręki. Przestraszył się, ale odwrócił wzrok i zrozumiał, że to ona chwyta go opuszkami palców.
-Zostań Dante, proszę. - wyszeptała ze szklanymi oczami. Widział, że nie słyszała, co mówił wcześniej i cieszył się z tego, ale równie bardzo radował go fakt, że chciała by został.
- Dobrze, jeśli chcesz. - uśmiechnął się szarmancko i powoli wślizgnął się jej do łóżka. Nakrył ich oboje kocem i kołdrą - było zimno. Nie wiedział co robić, ale ona nie dała mu wyboru i przytuliła się do niego. Objął ją i pogładził po włosach.
- Dante?
-Tak?
-Śniło mi się, że nie żyjesz.
Zaniemówił, nie umiał nic powiedzieć, nie wiedział jak reagować.
-To był tylko koszmar... - wyszeptał w końcu.
-Wiem. - tym razem ona zamilkła, nadal nie umiała mówić, aczkolwiek czuła, że przy nim może się otworzyć. Mimo to, takie wyznania nie leżały w jej naturze i bolało ją to jak słaba umie być. Zacisnęła zęby.- Przepraszam za te ataki histerii.
- O czym mówisz?
- Wtedy, popłakałam się jak głupia małolata. Jestem już dorosła, powinnam radzić sobie w takich sytuacjach, a nie beczeć jak mała nastolateczka, której ktoś zabrał błyszczyk. - Dante poznał ten chłód w jej głosie, mogła by zamrażać. Miał wrażenie, że w zależności od tego o czym rozmawiają on dyskutuje z dwoma kobietami - chłodną i sarkastyczną oraz sympatyczną i wrażliwą.
-Pleciesz bzdury wiesz?
-Nie, jestem totalnie żałosna, postaram się, żeby to się nie powtórzyło.
-Przestań rozumiesz? - podniósł trochę głos i obrócił jej twarz w jego stronę, ich spojrzenia się spotkały i zdawały się ze sobą walczyć. - Nic nie musisz przy mnie udawać, emocje to nie wstyd, już Ci mówiłem panno Moon.
-Przymknij się panie Vale.
-Nie ma mowy panno Moon.
-Rozważyłabym jednak skorzystanie z mojej rady i przymknięcie się, bo mam rację i sama wiem najlepiej jaka jestem.
- Mylisz się.
-Skończ.- podniosła głos i poczuła się zła.
-Ty skończ pani ,, jestem tajemnicza'' - natarł Dante, wiedząc że się z nią droczy. Była przesłodka,gdy się złościła.
-Jeśli się nie zamkniesz to sama cię przymknę durniu.
- Ohohohoho panna ,, nic o mnie nie wiesz '' się zdenerwowała.
- Morda w kubeł Vale.
-Bo co?
-Bo tak.
-No raczej nie.
-Nie denerwuj mnie, bo źle skończysz. Nic nie rozumiesz.
-Właśnie, że rozumiem. - spojrzał jeszcze głębiej w jej oczy.
-Gwarantuję, że nie i się zamknij już.
-Nie.
-Nie?
-No ni.....- nie dokończył, kobieta szybko i delikatnie cmoknęła go w usta. Szybko się odsunęła i spojrzała na niego. Był w wyraźnym szoku.
-Przepraszam.-  powiedzieli oboje.
-Nic się nie stało. - odparł.
- A mówiłam, żebyś się przymknął...... - uśmiechnęła się.
- Okej, tą rundę wygrałaś Moon.
- A będzie kolejna?
- A idź ty spać już co? - powiedział ze śmiechem.
Nie doczekał się odpowiedzi, bo kobieta wtuliła się w jego tors i zamknęła oczy. Zasunął kołdrę jeszcze wyżej na nich i przymknął powieki. Poczuł niepokój i podniecenie na raz. Ten pocałunek był nic nieznaczący, szybki, krótki i nagły, ale jednak pamiętał go jakby trwał wieczność. Nie chciał z nią o tym rozmawiać, to nie był dobry czas. Nie mogli bawić się w związek, kiedy nie wiadomo było czy dożyją następnego roku. Mimo wszystkich wątpliwości poczuł się spełniony i chciał żeby ta chwila trwała na wieki. Zasnął.
Rano obudziły go promyki słońca dochodzące z lekko niedosuniętej metalowej rolety w oknie balkonowym. Zamrugał kilka razy powiekami, początkowo nie wiedząc, gdzie jest. Później przypomniał sobie wczorajsze zdarzenie i przebiegła po nim fala niepokoju i radości. Spojrzał obok siebie. Pasma granatowych włosów nadal leżały na jego torsie. Zhalia spokojnie drzemała, wydawało mu się, że ma maleńki uśmiech na ustach. Musiał znaleźć rozwiązanie tej chorej sytuacji i to jak najszybciej, bo czuł, że nie chce już czekać. Chciał jej i wiedział o tym. Czyżby ona jego też?  Ziewnęła i zamrugała powiekami. Delikatnie zwolnił uścisk z jej talii. Usiadła na łóżku i przeciągnęła się. Teraz jeszcze dokładniej dostrzegł jej żebra. Obrzuciła go krótkim uśmiechem i wstała. Przeciągnęła się kilka razy i powzięła butelkę wody z podłogi. Zaczerpnęła kilka łyków.
- Chcesz? - spytała wyciągając dłoń z butelką ku niemu.
- Nie, dziękuję. - odłożyła butelkę.
- Jeszcze raz przepraszam za wczoraj. - odparła strasznie chłodno.
- W porządku, to... było miłe.
-Taaa.
- Coś nie tak?
-Nie, absolutnie, okej. Idę wziąć prysznic.
-Zmienimy potem bandaż hm?
-Dam radę sama.
-Zahlioo......
-Co?
-Co się stało? Zrobiłem coś nie tak?
-Nie wiem o czym mówisz.- zrobiła kilka kroków, jednak Dante zdążył wygramolić się z łóżka i zasłonić jej drzwi, tak by nie mogła wyjść.
-Przesuń się. - warknęła.
-Nie.
-Mówię Ci przesuń się.
-Nie, dopóki nie powiesz o co Ci chodzi.
-Wszystko dobrze, mówiłam już.
-Jesteś na coś zła.
-Nie jestem.
-To o co chodzi?
-Boisz się?
-Skończ traktować mnie jak dziecko, tamto to była chwila słabości, no trudno no, muszę sobie jakoś radzić i tyle.
-I nie mogę Ci pomóc bo?
- Bo nie. Bo zawsze sama dawałam sobie radę i teraz nie będzie inaczej.
-Za wysoka duma, prawda panno Moon?
-Mylisz się panie Vale, po prostu samodzielność.
-Ja się nigdy nie mylę, po prostu masz za wysokie ego - chciała uderzyć go w twarz za ten debilny tekst, ale był szybszy, chwycił jej dłoń, położył ją sobie na twarzy i przyciągnął ją do siebie. W ułamku sekundy zamknęła oczy i poczuła jego usta na swoich. To już nie był taki ,, buziak'' jak wczoraj. Chciała wyładować wszystkie emocje. Chciał wyładować wszystkie emocje minionego tygodnia. Chcieli tego. Cały czas pogłębiali pocałunek, do tego stopnia, że Dante musiał się oprzeć o drzwi. Była tak blisko niego, że jego umysł chyba tego nie obejmował. ,, Więc tak się kończy, kiedy przez 3 lata kogoś do siebie ciągnie i nic się z tym nie robi.'' - pomyślał całując ją jeszcze mocniej niż wcześniej. Serce waliło mu jak oszalałe. Jej zmiękły kolana, chciała stać tak godzinami, tygodniami, miesiącami i latami. Czuła jak odpływa z niej cała złość, cały strach, cały wstyd, wszystko. Czuł jak cały ciężar spada z jego serca. Kiedy w końcu się od siebie oderwali nie wiedzieli co robić. Zhalia spojrzała zszokowana na niego, a on z rozpostartymi ustami patrzył na nią. Minęła go, odepchnęła i wyszła. Potrzebowała to wszystko sobie poukładać. Zamknęła się w łazience i weszła pod natrysk.
- O cholera, co to było. - skwitował Dante patrząc za nią.
W końcu się otrząsnął i zszedł do salonu. Wyciągnął rzeczy z szafy i upewniając się, że nikt go nie widzi, przebrał się. Pościelił kanapę, a brudne rzeczy cisnął do kosza na pranie, który stał w korytarzu. Oszołomiony porannym wybuchem emocji skierował kroki do kuchni.
 - Dzień dobry Dante. - powiedziała wesoło Sophie popijająca kawę.
- Hej wszystkim. - odparł spoglądając na nią i resztę młodzieży spożywającą śniadanie.
Wziął z blatu pilot i odsłonił okna z metalowych rolet, stwierdził że w dzień bariera Sophie wystarczy, nie będą atakować w biały dzień. Pochwycił komórkę i spojrzał na wyświetlać. Zaklął widząc 10 nieodebranych połączeń od Metza. Oddzwonił.
- Tak Metz? Przepraszam, wyciszyłem. Wiem, przepraszam. Rozumiem. - mówił dość mechanicznie i zwrócił uwagę na Zhalię wchodzącą do kuchni, miała bandaż cały zabrudzony starą krwią, pomyślał, że miała go zmienić. Ona jednak wyciągnęła mleko i przystąpiła do robienia sobie kawy. Nie umiała bez niej funkcjonować. - Tak słyszę Metz, okej. A Rada? Nieważne. Dam radę. Mhm, będzie świetnie. Rozłączył się. - Łowcy, mamy misję. - powiedział jak za dawnych czasów i uśmiechnął pod nosem. Wszyscy spojrzeli na niego zszokowani, jakby zamarli. Sophie jedynie siorbała kawę, a Zhalia zmroziła go spojrzeniem pełnym wyrzutu, jakby mówiła, że nie chce ruszać się z domu.
- Co to za misja? - powiedziała chłodno wyrzucając pustą tytkę po cukrze trzcinowym, zwykłego nie używała.
- Jedziemy do Polski.
- No tam jeszcze nie byliśmy. - odparł Den wywracając oczyma.
-Coś konkretniej? - spytała ponownie Zhalia.
- Warszawa, jedziemy szukać tytana Sylrwa - wiąże się z nim legenda o warszawskiej syrence.
-Brzmi fajnie!- odparł radośnie Lok.
-Genialnie.- mruknęła Zhalia i wymaszerowała z kuchni zostawiając nawet kawę.
-A tej co? - spytał Den.
-To nieistotne, poradzi sobie.- odparł Dante i wyciągnął holotom.- Holotomie, pokaż nam informację o tytanie Sylrwa.
,, Sylrwa, typ : dracotytan wojownik, siła 4, obrona 2, rozmiar duży, specjalne zdolności: wiry wodne.''
-Dość silny tytan, tak mi się wydaje.-  powiedziała Sophie.
-Zaskakująco silny, to fakt. - dodał Lok. - Kiedy wyjeżdżamy?
-Za dwa dni. - Dante odwrócił się na pięcie i skierował się w kierunku schodów.
-Dante.... nie idź do niej, ja z nią pogadam. - odparła delikatnie Sophie i z gracją minęła mężczyznę, jakby o wszystkim wiedziała. Wspięła się na piętro i zapukała do Zhalii.
-Proszę. - odparł jej zachrypnięty głos.
-Hej Zhalio.- powiedziała. - Paskudnie wygląda ta rana. - dodała spoglądając na kobietę bandażującą przedramię.
-Co ty nie powiesz. Możesz tu przytrzymać.
-Jasne.
-Dzięki, przynajmniej mi nie spadnie ten cholerny bandaż. Chciałaś coś?
- W zasadzie, to tak. Co się stało?
-O co chodzi?
-Wybacz, ale zauważyłam, że byłaś jakaś zła i rozkojarzona przy śniadaniu.
-Oh Sophie, to naprawdę nie Twoja sprawa. - powiedziała Zhalia już delikatniej.
-Wiem, ale nie chcę , żeby coś Ci się stało, a ty ostatnio prawie ze mną nie rozmawiasz.
-Przepraszam....
-Wiesz, że możesz na mnie liczyć, prawda?
- Wiem mała, wiem. Choć dwa lata temu nie powiedziałabym, że chciałabyś mnie wspierać. - zaśmiały się.
-No to mów, co Ci leży na sercu.
-Wiele by mówić...
-Mam czas.......
- Nie masz. - odparł tajemniczy głos. - Pustka!
-SOPHIE, ZHALIA!!! - Dante, Lok i Den wbiegli do pokoju przerażeni.
-Nic Wam nie jest? - zapytał Den.
-Chyba ni......- chciała powiedzieć Sophie, ale coś huknęło i dom się zatrząsł.
- Kieł zranienia! - ktoś krzyknął.
-Cholera krwawię! Ostry mróz! - krzyknął Lok celując w mężczyznę w czarnej szacie, który poruszał się z zadziwiającą prędkością po pokoju.
- Widziadło myśli! - krzyknęła Zhalia i poczuła, że odpływa.
-Gdzie jesteśmy ? - spytała Sophie.
-Nie wiem, to jakiś stary dom. - stwierdził Den pomagając Lokowi zatamować ranę na nodze blondyna.
-Zhalio?- Dante spojrzał w kierunku kobiety.
-Słabo mi.
-Usiądź. - powiedziała Sophie przysuwając jej krzesło. - Zmęczyłaś się po przeniosłaś nas wszystkich i jak widzę nasze najpotrzebniejsze rzeczy, nie wiedziałam, że tak umiesz.
-Ja też nie. Gdzie jesteśmy?
-Ty nie wiesz?
-Nie.... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Rozdział 3

-Co robimy? - spytał blondyn usilnie szukający jakiegoś punktu zaczepienia. - Daj mi chwilę. - odparła chłodno granatowowłosa kobieta, cał...